piątek, 3 grudnia 2010

2.12.2010

   Taki wewnętrzny kryzys. Tyle spraw od nas nie zależy. Choćby się czasem chciało inaczej. Jestem tylko jedna ze swoim brakiem pewności siebie, czasem niezdarnością, słabiutkim językiem.
    I ciężko się pracuje gdy w sercu ma się smutek, to chyba jest główny powód braku sił. Zmarł ojciec mojej przyjaciółki. Tyle czekałam na wiadomość od niej, w końcu taka smutna przyszła.. Wieczny odpoczynek. Choć może już jest w tym lepszym świecie pełnym szczęścia. Chyba Raj się nazywa.. :)
    Tydzień temu miał urodziny Jaime z Limy. Przypomniałam sobie o północy. Jej tak mi było przykro, zawaliłam sprawę. Mówił mi o swych urodzinach, gdy wyjeżdżałam, czy bym nie przyjechała.. a ja nawet zapomniałam zadzwonić. Napisałam więc życzenia, te od serca, wysłałam jedną piosenkę, swoje zdjęcie z dziewczynkami. W odpowiedzi dostałam kilka słów. Jego urodziny były bardzo smutne, był chory, dziękuje za życzenia...i że już się więcej nie zobaczymy. Podjął decyzję, że opuszcza Casa Acogida. Chce wrócić do domu.. ma dość.
       Wczoraj rozmawiałam z hno. Robert z Limy. I potwierdził. Dokładnie nie wiem dlaczego, chyba ciężko mu sie podporządkować regułom w domu, poznał dziewczynę... Chłopak jest trochę ponad 2 lata w domu. To jest mało. Tak mówi hno. Robert. To mało czasu by się zmienić na tyle by po powrocie nie wpaść znów w dawne bagno, w którym się grzęzło przez tyle lat. I ja czuję w sercu, że ma racje. Przecież on ma zaledwie 19 lat. Może dużo w życiu przeszedł ale wciąż jest bardzo młody. Młodość to jest ten ogromny zapał, który tak łatwo gaśnie. Znów martwię się o niego, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Bo on ma ta iskierkę dobra w sobie, niech mu jej nie odbiorą w życiu.
       I drugi chłopak, David, o nim też wcześniej pisałam. Ten jest znacznie bliżej. Mój uczeń. Ten, który nazwał mnie kiedyś reina,  ten co zawsze siedzi w klasie rano, pracuje sam, nigdy nie chce pomocy. Nie słucha się często, do najprostszych na pewno nie należy, żeby nie powiedzieć, że jest jednym z trudniejszych dzieciaków. Choć wyróżnia go jedna rzecz, rzeczywiście pracuje. Uczy się razem z Hermesem, jednym z chłopaków o tak dobrym sercu, chyba najuczciwszym z uczniów, których mam. Są kumplami. Takie dwa moje skarby z oratorium porannego. I tak David wczoraj po raz drugi powiedział, że więcej tu nie przyjdzie. Tu jest tyle hałasu i nie potrafi się tu uczyć. I nie potrafiłam mu nic na to odpowiedzieć, bo przecież ma racje. Rano mamy bardzo dużo problemów z dyscypliną. Jest dużo bardzo trudnych dzieci, z problemami w domu, które przenoszą na oratorium. One potrzebują męskiej ręki. Szczególnie chłopaki, twardej dyscypliny, czego nie dajemy im. Ja i Magda bo jesteśmy kobietami, kleryk, który tak sobie to sprytnie wymyślił, że jest zaledwie 3 dni z nami rano. Jej tak widać tą potrzebę, szczególnie w przypadku Davida. Potrzebny mu męski autorytet. Człowiek, do którego poczułby respekt. Kiedyś widziałam go wracającego z Carlosem (pani Jadwigo, właśnie tym Carlosem) i jak go słuchał wtedy. Innym razem, gdy malował razem z Jinem, naszym animatorem.. W klasie wisi teraz z tego dnia jego rysunek- moje imię napisane greką. Tylko co mi po tym, wszystkim skoro więcej nie przyjdzie.. A on choć czasem z dużymi brakami w wychowaniu, jednak przychodził by rzeczywiście tu pracować. Nieliczni tu przychodzą właśnie dlatego. Ze swoimi brakami. Nie mogę sobie darować tego, moja kolejna porażka.

   Do tego doszło jeszcze sprawa. Luis Alberto, dziecko, które bardzo źle rokuje, z bardzo trudnego domu wyzwał dziś matkę Hermesa. Pierwszy raz w życiu widziałam, wściekłość w oczach Hermesa. I go rozumiem przecież. Mi samej podniosłaby się ręka, gdyby ktoś wyzwał moją matkę. Dzieciaki wiedza co potrafi najbardziej zaboleć, niestety. Hermes nawet gdy ukradli mu pieniądze na basenie, zachował wtedy spokój i tą swoja radość co ma w sobie. Przyszedł wtedy tylko do mnie, że już nie chodzi o pieniądze, jedynie o to, że to jego koledzy przecież zrobili. Innym razem podszedł do mnie z zapytaniem dlaczego mają basen skoro się źle zachowują. Czasem się śmieję, ze to takie moje wewnętrzne sumienie. I właśnie dziś ktoś obraził to moje wewnętrzne sumienie. nie tylko Hermesa to zabolało, mnie również.
  Czasem brak sił. Chciałoby się uciec. W Polsce już zima. Zaczął się adwent. Tęsknię.. bardzo. Pierwszy raz pojawiła się myśl, jak dobrze byłoby być w domu.W końcu płaczę, jest przy mnie Magda. uspokaja mnie, nie po raz pierwszy. Jej właśnie tego się bojkę, że jej tu kiedyś zabraknie. Daj Boże by nie zabrakło i Padre Pedro. Gdyż ponoć nadchodzą zmiany. Myśl, że zostanę tu sama napełnia mnie strachem.. Ale teraz są, oboje :)
  Z tego braku sił nie przygotowałam na popołudnie Buenos tardes. Jej moje jedyne w tygodniu kilka słów do wszystkich szkrabów małych i dużych a ja nie przygotowałam. Często z powodu swoich językowych braków zabieram dzieci do kaplicy. Przygotowuję dla nich modlitwę. W tym tygodniu jednak już byli.. Cóż, modlić można się wszędzie przecież, podczas zwykłej formacji będzie tym razem dziesiątka różańca.
Wycinam dziesięć intencji w pośpiechu. Za mych bliskich. To będzie odpowiedź na moją tęsknotę i troski. Modlitwa za nich. Rozdaję dzieciom. I mówimy Zdrowaś Maryja za tatę Angeliki, za Jaime, Davida, za Weronikę i Zuzię, Anię i Ewę, Michała, Safirkę, Armana, Elżbietę i Edwarda. Dzieci zanoszą intencje. Wymawiaja te obco brzmiące imiona. Wszyscy słuchają z zapałem, modlą się. Na koniec modlitwy klaszczą. Jej wzruszam się.. tak mi pomogli. Tym razem oni mi. Te małe łobuzy o wielkich sercach.

Jaime pisze w odpowiedzi na mój drugi list, że skoro ja mimo trudności i niepowodzeń wytrwam i on też tak zrobi, zostaje w Casa w Limie. Mam nadzieje, że oboje wytrwamy. Módlcie się i Wy, tam na drugim końcu świata..

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza