czwartek, 4 listopada 2010

Lima 4-11-2010

      Powrot. Juz prawie dwa miesiace odkad jestem w Peru. Wracam do Limy, by odebrac wize. Tylko dwa dni, a tak dla mnie cenne. Teraz juz z wieksza odwaga, pewniejsza siebie. Na dworcu czeka na mnie Mirek. Dobrze gdy sie wie, ze ktos na ciebie czeka. Do domu zagladam tylko na chwile. Dalej ide zalatwiac papiery. Zajmuje mi to kolo dwoch godzin. Mirek mowi, ze mam szczescie. Mu to zajelo tydzien. W ten sposob juz sama wracam do domu, rozpakowuje sie, biore prysznic po calej nocy w podrozy i tak ide niewyspana na obiad. Ale sie ciesze.. spotykam na dole czekajacych chlopakow. Ich zaskoczenie, pytania do kiedy jestem.. Tak, tylko dwa dni. Pytania dlaczego, dlaczego nie dluzej..I tak razem idziemy na posilek. Jezu, jak mi tego brakowalo.. W Piura posilki w zamknietej wspolnocie, gdzie jest tyle napiec miedzy ludzmi i posilek dluzy sie czesto niemilosiernie a tu ten jedyny czas gdzie jestesmy wszyscy razem, czas na rozmowe i ten skromny posilek a dla mnie tak pyszny. Tak jedzenie to cos wiecej niz czyste produkty, to czas gdy we wspolnocie jemy wczesniej poblogoslawiony posilek.
Po modlitwie Mirek prosi bym powiedziala kilka slow. Wstaje troche zawstydzona. Coz, mowie, ze tak sie ciesze, ze ich widze, ze bede tu dwa dni i mam nadzieje, ze przyniosa mi szczescie. I ze mowie teraz lepiej po hiszpansku-tu aplauz. Oni potrafia klaskac za trzystu :) potem siadam do posilku i rzeczywiscie opowiadam duzo ,jak mi jest w Piura, co ja tam robie, jakie mam kochame dzieci. Chlopcy dostaja tez ode mnie prezent, branzoletki z muliny. Kazdy jedna. Kilka dni wczesniej kupione na bazarze z Edsonem. Wytargowane i wyczekane, kazda jeden sol. Podobaja sie :) :) :) jej tak dobrze ich widziec usmiechnietych, naprawde..
      Po obiedzie wola mnie Padre Ricardo. Jest chory i potrzebuje, bym go zbadala. Jej, ale mamy przy tym smiechu. Sprawdza sie moje wczesniejsze doswiadczenie, ze misjonarze to najbardziej niezdyscyplinowani pacjenci :P
Ide spac. Zmeczenie podroza i nieprzespane noce daja sie we znaki. Budze sie kolo 6. Wolontariuszka Elwira i Señora Ana zabieraja mnie na zakupy. Jedziemy kupic kuchnie. Jeden z chlopakow, Luis jest naszym kierowca. Pierwszy raz od dwoch miesiecy jest w centrum handlowym, wokol same markowe ciuchy, perfumy.. jej nie chce tu byc. Jak malo mnie obchodza teraz te rzeczy. Po okolo godzinie decydujemy sie na zakup. Ja bym to zrobila w ciagu 10 minut. Przeciez mam tak malo czasu tu w Limie, a mial byc dla chlopcow. Omija mnie wlasnie Msza, na ktorej tak chcialam byc. Trudno, zycie. Wracamy. Tu Mirek z bratem Robertem pytaja czy nie pojade z nimi do Oratorium. Godze sie. Warto zobaczyc, jak dziala to w Limie. Na miejscu, malo dzieci, a wlasciwie mlodziezy. Ponoc weekendami przychodzi wiecej. Ale samo oratorium warte zobaczenia, nowe budynki, boiska, ciekawe sale warszatowe i piekna kaplica z oltarzem wyrzezbionym w drewnie. Naszym kierowca jest ten sam chlopak, co poprzednio. Rozmawiam z nim chwile. I warto bylo. Niedawno Padre Pedro byl w Limie na spotkaniu dyrektorow i odwiedzil chlopakow. Luis potwierdza, to co slyszalam wczesniej. Mowi, ze Padre to jest jego ojciec. Dobrze to uslyszec bezposrednio od jednego z nich. Piekne slowa i mowia wszystko o Padre Pedro. Przeciez on wlasnie dla takich jak ten chlopak zyje.
  Wracamy, jej juz tak pozno. Ale mamy duzo smiechu po drodze. To dzieki Mirkowi i jego zdolnosciom samochodowym a raczej ich brakiem :) Cale szczescie spotykam kilku chlopakow tego wieczoru, w tym Jaime, Emersonsa, Brandona. W kocu moge porozmawiac z nimi, kazdym z osobna. Ja tez przeciez jestem tu dla nich. Wiza przy okazji :P

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza