poniedziałek, 27 grudnia 2010
wtorek, 21 grudnia 2010
19.12.2010 Piura
Kiedyś Angel (jeden ze starszych uczniów i naszych piłkarzy) nazwał mnie Shakirą de pobres. Tak żartując sobie z moich poczynań tanecznych. Pobres, pobres.. oznacza biednych. Tak czasem w natłoku obowiązków gdzieś to umyka.. oni są ubodzy. Nie mogę o tym zapominać. Tu za murami Bosconi przecież przychodzą ubrani czasem nawet w firmowe ciuchy, mają posiłek, uczą się jak i cała reszta świata. Dopiero jak się przyjrzysz znajdziesz chłopca, który zawsze prosi innych o resztki jedzenia, dzieci, które z początku łatwiej było zapamiętać po ubraniu niż po twarzy, gdyż innego nie mają, zajęcia, dziecko przepisujące podręcznik wypożyczony z biblioteki bo swojego nie posiada. I te ich oszustwa, wyzwiska. Przychodzi im to z taką łatwością. Jest pewna zależność. Właśnie te dzieci, z którymi mamy tyle problemów, właśnie one jednocześnie czepiają się Ciebie, przytulają tak mocno. Jednym z nich jest Nicole, która ma zabronione uczęszczanie do Estudio Dirigido za swoje zachowanie. Zawsze na Mszy rozmawia, wychodzi w trakcie. Jednak gdy jest znak pokoju, zawsze przybiega do mnie, tuli się i zostaje. Ostatnio przyniosła mi serduszko, gdy byłyśmy razem zanieść prezent chłopakowi. Wdzięczna jej jestem bo z dzieckiem zawsze raźniej chodzi się po slamsach. Jestem jednocześnie jedną z tych osób, która zadecydowała o tym, że nie będzie uczęszczać w ciągu tygodnia na zajęcia. Dziewczyna nie przestrzegała kompletnie reguł, używała przemocy,kłamała wielokrotnie i po wielu napomnieniach miała przyjść tu ze swą mamą, której miało być przekazane, że córka nie będzie mogła więcej przychodzić do Estudio Dirigido. I matka jej nigdy nie przyszła.. a Nicole przestała przemykać się przez bramę od tego czasu. Czy aż tak ciężko było jej poprosić matkę by przyszła, że wiecznie przekradająca się Nicole sama przestała przychodzić. I ona mi kiedyś powiedziała, że chciałaby, żebym była jej mamą. Te braki miłości moich dzieci.
Powróćmy teraz do chłopaka, któremu zaniosłam prezent. Był to David. Chyba głównym powodem, dla którego przestał przychodzić jest jednak nie hałas tylko praca. Pracuje na targu. Pracował i wcześniej teraz jednak gdy idą święta już codziennie. Nie chodzi też teraz na zajęcia do Colegio. Ma 12 lat. Tak jestem wśród pobres. Każdy jeden walczy o swoje przetrwanie. Stąd to rzucanie się po jakiekolwiek karteczki, piłkę, pchanie się do kolejki po głupi stempelek. Tak zachowują się dzieci, które doznały w życiu braku.
Powróćmy do Dawida. Tak więc koniec roku, koniec Estudio Dirigido, Święta, słynna Chocolatada dla dzieci, gdzie rozdaje się te setki prezentów. Tak dużo się robi, dzieje. I w tym wszystkim chciałam jakoś odnaleźć swoją cząstkę. Przygotowałam Wigilię dla mojej klasy z Turno Manana. Najbardziej przez ten czas odnalazłam się pracując rano w Secundarii. Często byłam jedyną osobą pomagającą w klasie. Dzieciaki z rana choć często ciężkie i niegrzeczne, jednak chcące rzeczywiście pracować. Potrzebujące pomocy. I to właśnie takie piękne, że ja widziałam, że im rzeczywiście pomagam. Najlepiej świadczy o tym moja ostatnia wizyta w pobliskiej szkole, gdzie rozdawałam ulotki. Do niej chodzi właśnie część moich dzieci z rana. I gdy weszłam do klasy Hermesa i Davida wszystkie dzieci szeptały, o to jest ta nauczycielka Hermesa. Nigdy nie myślam, że aż tak jestem słynna. W innej klasie Rebeca, Tatiana, Jessica i Ruben. Z nimi często pracowałam w grupie. Robiliśmy zadania razem. Tatiana, która, jak uważa nasz kleryk, jest wulgarna i niewychowana. Gdy się jednak do niej podejdzie bliżej, okazuje się być bardzo wrażliwą osobą, którą zwyczajnie ze względu na jej wrażliwość, łatwo jest urazić. Tak lubię ją obserwować, gdy siedzi taka zamyślona i słucha muzyki. Te jej rozmarzone spojrzenie wtedy jest takie piękne. Tatiana potrafi się zatroszczyć o młodszych, oddać im swoją porcję ciastek. Druga z owego gangu, Rebeca, wiecznie rozgadana, śpiewająca gdy nie trzeba, gdy trzeba niekoniecznie :P. Od niej dostałam ostatnio w prezencie naszyjnik z koralików, zaproszenie na zakończenie roku do szkoły. Dzieci czują gdy Ci na nich zależy, potrafią czuć wdzięczność bardziej niż by się człowiek spodziewał. I Ruben, chłopak nieco zniewieściały w swym obyciu, wiecznie obcujący z dziewczynami, nie mogący usiedzieć w miejscu. Zawsze coś wyleje, potrąci, przylepiający się nieustannie w klasie. Śmieję się czasem, że mnie molestuje. Jej chyba i on w końcu podbił moje serce. A był chłopakiem, który budził we mnie antypatię. Czasem trzeba się przełamać się, spojrzeć głębiej na człowieka i zobaczy się jego bogactwo..
Tak więc była Wigilia..Przygotowywaliśmy razem ozdoby choinkowe, wystroiliśmy klasę. Przyniosłam słodycze dla nich, picie, prezenty dla naszych sekretnych przyjaciół. Pierw opowiedziałam im troszkę jak to jest u nie w domu, potem poprosiłam ich o przeczytanie Ewangelii. U mnie w domu zawsze tak rozpoczynamy Wigilie. Prawie jakbym widziała teraz małego Michasia i Alę czytających Słowo Boże. Powiedziałam, że tutaj właśnie oni są moją rodziną, właśnie oni. Chyba ich to wszystko dotknęło... Potem muzyka. Trochę zdjęć. Rozdanie prezentów. Połowa przygotowanych przeze mnie w pośpiechu, gdyż część z nich nie przyniosła. Zapomnieli, czy nie mieli pieniędzy, nie wiem. I zatańczyłam dla nich jeden z tutejszych hitów, Angelito. Taki niby zwyczajny czas. Pierwszy raz poczułam się z nimi wszystkimi jakbym była w domu... :*)
Powróćmy teraz do chłopaka, któremu zaniosłam prezent. Był to David. Chyba głównym powodem, dla którego przestał przychodzić jest jednak nie hałas tylko praca. Pracuje na targu. Pracował i wcześniej teraz jednak gdy idą święta już codziennie. Nie chodzi też teraz na zajęcia do Colegio. Ma 12 lat. Tak jestem wśród pobres. Każdy jeden walczy o swoje przetrwanie. Stąd to rzucanie się po jakiekolwiek karteczki, piłkę, pchanie się do kolejki po głupi stempelek. Tak zachowują się dzieci, które doznały w życiu braku.
Powróćmy do Dawida. Tak więc koniec roku, koniec Estudio Dirigido, Święta, słynna Chocolatada dla dzieci, gdzie rozdaje się te setki prezentów. Tak dużo się robi, dzieje. I w tym wszystkim chciałam jakoś odnaleźć swoją cząstkę. Przygotowałam Wigilię dla mojej klasy z Turno Manana. Najbardziej przez ten czas odnalazłam się pracując rano w Secundarii. Często byłam jedyną osobą pomagającą w klasie. Dzieciaki z rana choć często ciężkie i niegrzeczne, jednak chcące rzeczywiście pracować. Potrzebujące pomocy. I to właśnie takie piękne, że ja widziałam, że im rzeczywiście pomagam. Najlepiej świadczy o tym moja ostatnia wizyta w pobliskiej szkole, gdzie rozdawałam ulotki. Do niej chodzi właśnie część moich dzieci z rana. I gdy weszłam do klasy Hermesa i Davida wszystkie dzieci szeptały, o to jest ta nauczycielka Hermesa. Nigdy nie myślam, że aż tak jestem słynna. W innej klasie Rebeca, Tatiana, Jessica i Ruben. Z nimi często pracowałam w grupie. Robiliśmy zadania razem. Tatiana, która, jak uważa nasz kleryk, jest wulgarna i niewychowana. Gdy się jednak do niej podejdzie bliżej, okazuje się być bardzo wrażliwą osobą, którą zwyczajnie ze względu na jej wrażliwość, łatwo jest urazić. Tak lubię ją obserwować, gdy siedzi taka zamyślona i słucha muzyki. Te jej rozmarzone spojrzenie wtedy jest takie piękne. Tatiana potrafi się zatroszczyć o młodszych, oddać im swoją porcję ciastek. Druga z owego gangu, Rebeca, wiecznie rozgadana, śpiewająca gdy nie trzeba, gdy trzeba niekoniecznie :P. Od niej dostałam ostatnio w prezencie naszyjnik z koralików, zaproszenie na zakończenie roku do szkoły. Dzieci czują gdy Ci na nich zależy, potrafią czuć wdzięczność bardziej niż by się człowiek spodziewał. I Ruben, chłopak nieco zniewieściały w swym obyciu, wiecznie obcujący z dziewczynami, nie mogący usiedzieć w miejscu. Zawsze coś wyleje, potrąci, przylepiający się nieustannie w klasie. Śmieję się czasem, że mnie molestuje. Jej chyba i on w końcu podbił moje serce. A był chłopakiem, który budził we mnie antypatię. Czasem trzeba się przełamać się, spojrzeć głębiej na człowieka i zobaczy się jego bogactwo..
Tak więc była Wigilia..Przygotowywaliśmy razem ozdoby choinkowe, wystroiliśmy klasę. Przyniosłam słodycze dla nich, picie, prezenty dla naszych sekretnych przyjaciół. Pierw opowiedziałam im troszkę jak to jest u nie w domu, potem poprosiłam ich o przeczytanie Ewangelii. U mnie w domu zawsze tak rozpoczynamy Wigilie. Prawie jakbym widziała teraz małego Michasia i Alę czytających Słowo Boże. Powiedziałam, że tutaj właśnie oni są moją rodziną, właśnie oni. Chyba ich to wszystko dotknęło... Potem muzyka. Trochę zdjęć. Rozdanie prezentów. Połowa przygotowanych przeze mnie w pośpiechu, gdyż część z nich nie przyniosła. Zapomnieli, czy nie mieli pieniędzy, nie wiem. I zatańczyłam dla nich jeden z tutejszych hitów, Angelito. Taki niby zwyczajny czas. Pierwszy raz poczułam się z nimi wszystkimi jakbym była w domu... :*)
piątek, 3 grudnia 2010
2.12.2010
Taki wewnętrzny kryzys. Tyle spraw od nas nie zależy. Choćby się czasem chciało inaczej. Jestem tylko jedna ze swoim brakiem pewności siebie, czasem niezdarnością, słabiutkim językiem.
I ciężko się pracuje gdy w sercu ma się smutek, to chyba jest główny powód braku sił. Zmarł ojciec mojej przyjaciółki. Tyle czekałam na wiadomość od niej, w końcu taka smutna przyszła.. Wieczny odpoczynek. Choć może już jest w tym lepszym świecie pełnym szczęścia. Chyba Raj się nazywa.. :)
Tydzień temu miał urodziny Jaime z Limy. Przypomniałam sobie o północy. Jej tak mi było przykro, zawaliłam sprawę. Mówił mi o swych urodzinach, gdy wyjeżdżałam, czy bym nie przyjechała.. a ja nawet zapomniałam zadzwonić. Napisałam więc życzenia, te od serca, wysłałam jedną piosenkę, swoje zdjęcie z dziewczynkami. W odpowiedzi dostałam kilka słów. Jego urodziny były bardzo smutne, był chory, dziękuje za życzenia...i że już się więcej nie zobaczymy. Podjął decyzję, że opuszcza Casa Acogida. Chce wrócić do domu.. ma dość.
Wczoraj rozmawiałam z hno. Robert z Limy. I potwierdził. Dokładnie nie wiem dlaczego, chyba ciężko mu sie podporządkować regułom w domu, poznał dziewczynę... Chłopak jest trochę ponad 2 lata w domu. To jest mało. Tak mówi hno. Robert. To mało czasu by się zmienić na tyle by po powrocie nie wpaść znów w dawne bagno, w którym się grzęzło przez tyle lat. I ja czuję w sercu, że ma racje. Przecież on ma zaledwie 19 lat. Może dużo w życiu przeszedł ale wciąż jest bardzo młody. Młodość to jest ten ogromny zapał, który tak łatwo gaśnie. Znów martwię się o niego, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Bo on ma ta iskierkę dobra w sobie, niech mu jej nie odbiorą w życiu.
I drugi chłopak, David, o nim też wcześniej pisałam. Ten jest znacznie bliżej. Mój uczeń. Ten, który nazwał mnie kiedyś reina, ten co zawsze siedzi w klasie rano, pracuje sam, nigdy nie chce pomocy. Nie słucha się często, do najprostszych na pewno nie należy, żeby nie powiedzieć, że jest jednym z trudniejszych dzieciaków. Choć wyróżnia go jedna rzecz, rzeczywiście pracuje. Uczy się razem z Hermesem, jednym z chłopaków o tak dobrym sercu, chyba najuczciwszym z uczniów, których mam. Są kumplami. Takie dwa moje skarby z oratorium porannego. I tak David wczoraj po raz drugi powiedział, że więcej tu nie przyjdzie. Tu jest tyle hałasu i nie potrafi się tu uczyć. I nie potrafiłam mu nic na to odpowiedzieć, bo przecież ma racje. Rano mamy bardzo dużo problemów z dyscypliną. Jest dużo bardzo trudnych dzieci, z problemami w domu, które przenoszą na oratorium. One potrzebują męskiej ręki. Szczególnie chłopaki, twardej dyscypliny, czego nie dajemy im. Ja i Magda bo jesteśmy kobietami, kleryk, który tak sobie to sprytnie wymyślił, że jest zaledwie 3 dni z nami rano. Jej tak widać tą potrzebę, szczególnie w przypadku Davida. Potrzebny mu męski autorytet. Człowiek, do którego poczułby respekt. Kiedyś widziałam go wracającego z Carlosem (pani Jadwigo, właśnie tym Carlosem) i jak go słuchał wtedy. Innym razem, gdy malował razem z Jinem, naszym animatorem.. W klasie wisi teraz z tego dnia jego rysunek- moje imię napisane greką. Tylko co mi po tym, wszystkim skoro więcej nie przyjdzie.. A on choć czasem z dużymi brakami w wychowaniu, jednak przychodził by rzeczywiście tu pracować. Nieliczni tu przychodzą właśnie dlatego. Ze swoimi brakami. Nie mogę sobie darować tego, moja kolejna porażka.
Do tego doszło jeszcze sprawa. Luis Alberto, dziecko, które bardzo źle rokuje, z bardzo trudnego domu wyzwał dziś matkę Hermesa. Pierwszy raz w życiu widziałam, wściekłość w oczach Hermesa. I go rozumiem przecież. Mi samej podniosłaby się ręka, gdyby ktoś wyzwał moją matkę. Dzieciaki wiedza co potrafi najbardziej zaboleć, niestety. Hermes nawet gdy ukradli mu pieniądze na basenie, zachował wtedy spokój i tą swoja radość co ma w sobie. Przyszedł wtedy tylko do mnie, że już nie chodzi o pieniądze, jedynie o to, że to jego koledzy przecież zrobili. Innym razem podszedł do mnie z zapytaniem dlaczego mają basen skoro się źle zachowują. Czasem się śmieję, ze to takie moje wewnętrzne sumienie. I właśnie dziś ktoś obraził to moje wewnętrzne sumienie. nie tylko Hermesa to zabolało, mnie również.
Czasem brak sił. Chciałoby się uciec. W Polsce już zima. Zaczął się adwent. Tęsknię.. bardzo. Pierwszy raz pojawiła się myśl, jak dobrze byłoby być w domu.W końcu płaczę, jest przy mnie Magda. uspokaja mnie, nie po raz pierwszy. Jej właśnie tego się bojkę, że jej tu kiedyś zabraknie. Daj Boże by nie zabrakło i Padre Pedro. Gdyż ponoć nadchodzą zmiany. Myśl, że zostanę tu sama napełnia mnie strachem.. Ale teraz są, oboje :)
Z tego braku sił nie przygotowałam na popołudnie Buenos tardes. Jej moje jedyne w tygodniu kilka słów do wszystkich szkrabów małych i dużych a ja nie przygotowałam. Często z powodu swoich językowych braków zabieram dzieci do kaplicy. Przygotowuję dla nich modlitwę. W tym tygodniu jednak już byli.. Cóż, modlić można się wszędzie przecież, podczas zwykłej formacji będzie tym razem dziesiątka różańca.
I ciężko się pracuje gdy w sercu ma się smutek, to chyba jest główny powód braku sił. Zmarł ojciec mojej przyjaciółki. Tyle czekałam na wiadomość od niej, w końcu taka smutna przyszła.. Wieczny odpoczynek. Choć może już jest w tym lepszym świecie pełnym szczęścia. Chyba Raj się nazywa.. :)
Tydzień temu miał urodziny Jaime z Limy. Przypomniałam sobie o północy. Jej tak mi było przykro, zawaliłam sprawę. Mówił mi o swych urodzinach, gdy wyjeżdżałam, czy bym nie przyjechała.. a ja nawet zapomniałam zadzwonić. Napisałam więc życzenia, te od serca, wysłałam jedną piosenkę, swoje zdjęcie z dziewczynkami. W odpowiedzi dostałam kilka słów. Jego urodziny były bardzo smutne, był chory, dziękuje za życzenia...i że już się więcej nie zobaczymy. Podjął decyzję, że opuszcza Casa Acogida. Chce wrócić do domu.. ma dość.
Wczoraj rozmawiałam z hno. Robert z Limy. I potwierdził. Dokładnie nie wiem dlaczego, chyba ciężko mu sie podporządkować regułom w domu, poznał dziewczynę... Chłopak jest trochę ponad 2 lata w domu. To jest mało. Tak mówi hno. Robert. To mało czasu by się zmienić na tyle by po powrocie nie wpaść znów w dawne bagno, w którym się grzęzło przez tyle lat. I ja czuję w sercu, że ma racje. Przecież on ma zaledwie 19 lat. Może dużo w życiu przeszedł ale wciąż jest bardzo młody. Młodość to jest ten ogromny zapał, który tak łatwo gaśnie. Znów martwię się o niego, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Bo on ma ta iskierkę dobra w sobie, niech mu jej nie odbiorą w życiu.
I drugi chłopak, David, o nim też wcześniej pisałam. Ten jest znacznie bliżej. Mój uczeń. Ten, który nazwał mnie kiedyś reina, ten co zawsze siedzi w klasie rano, pracuje sam, nigdy nie chce pomocy. Nie słucha się często, do najprostszych na pewno nie należy, żeby nie powiedzieć, że jest jednym z trudniejszych dzieciaków. Choć wyróżnia go jedna rzecz, rzeczywiście pracuje. Uczy się razem z Hermesem, jednym z chłopaków o tak dobrym sercu, chyba najuczciwszym z uczniów, których mam. Są kumplami. Takie dwa moje skarby z oratorium porannego. I tak David wczoraj po raz drugi powiedział, że więcej tu nie przyjdzie. Tu jest tyle hałasu i nie potrafi się tu uczyć. I nie potrafiłam mu nic na to odpowiedzieć, bo przecież ma racje. Rano mamy bardzo dużo problemów z dyscypliną. Jest dużo bardzo trudnych dzieci, z problemami w domu, które przenoszą na oratorium. One potrzebują męskiej ręki. Szczególnie chłopaki, twardej dyscypliny, czego nie dajemy im. Ja i Magda bo jesteśmy kobietami, kleryk, który tak sobie to sprytnie wymyślił, że jest zaledwie 3 dni z nami rano. Jej tak widać tą potrzebę, szczególnie w przypadku Davida. Potrzebny mu męski autorytet. Człowiek, do którego poczułby respekt. Kiedyś widziałam go wracającego z Carlosem (pani Jadwigo, właśnie tym Carlosem) i jak go słuchał wtedy. Innym razem, gdy malował razem z Jinem, naszym animatorem.. W klasie wisi teraz z tego dnia jego rysunek- moje imię napisane greką. Tylko co mi po tym, wszystkim skoro więcej nie przyjdzie.. A on choć czasem z dużymi brakami w wychowaniu, jednak przychodził by rzeczywiście tu pracować. Nieliczni tu przychodzą właśnie dlatego. Ze swoimi brakami. Nie mogę sobie darować tego, moja kolejna porażka.
Do tego doszło jeszcze sprawa. Luis Alberto, dziecko, które bardzo źle rokuje, z bardzo trudnego domu wyzwał dziś matkę Hermesa. Pierwszy raz w życiu widziałam, wściekłość w oczach Hermesa. I go rozumiem przecież. Mi samej podniosłaby się ręka, gdyby ktoś wyzwał moją matkę. Dzieciaki wiedza co potrafi najbardziej zaboleć, niestety. Hermes nawet gdy ukradli mu pieniądze na basenie, zachował wtedy spokój i tą swoja radość co ma w sobie. Przyszedł wtedy tylko do mnie, że już nie chodzi o pieniądze, jedynie o to, że to jego koledzy przecież zrobili. Innym razem podszedł do mnie z zapytaniem dlaczego mają basen skoro się źle zachowują. Czasem się śmieję, ze to takie moje wewnętrzne sumienie. I właśnie dziś ktoś obraził to moje wewnętrzne sumienie. nie tylko Hermesa to zabolało, mnie również.
Czasem brak sił. Chciałoby się uciec. W Polsce już zima. Zaczął się adwent. Tęsknię.. bardzo. Pierwszy raz pojawiła się myśl, jak dobrze byłoby być w domu.W końcu płaczę, jest przy mnie Magda. uspokaja mnie, nie po raz pierwszy. Jej właśnie tego się bojkę, że jej tu kiedyś zabraknie. Daj Boże by nie zabrakło i Padre Pedro. Gdyż ponoć nadchodzą zmiany. Myśl, że zostanę tu sama napełnia mnie strachem.. Ale teraz są, oboje :)
Z tego braku sił nie przygotowałam na popołudnie Buenos tardes. Jej moje jedyne w tygodniu kilka słów do wszystkich szkrabów małych i dużych a ja nie przygotowałam. Często z powodu swoich językowych braków zabieram dzieci do kaplicy. Przygotowuję dla nich modlitwę. W tym tygodniu jednak już byli.. Cóż, modlić można się wszędzie przecież, podczas zwykłej formacji będzie tym razem dziesiątka różańca.
Wycinam dziesięć intencji w pośpiechu. Za mych bliskich. To będzie odpowiedź na moją tęsknotę i troski. Modlitwa za nich. Rozdaję dzieciom. I mówimy Zdrowaś Maryja za tatę Angeliki, za Jaime, Davida, za Weronikę i Zuzię, Anię i Ewę, Michała, Safirkę, Armana, Elżbietę i Edwarda. Dzieci zanoszą intencje. Wymawiaja te obco brzmiące imiona. Wszyscy słuchają z zapałem, modlą się. Na koniec modlitwy klaszczą. Jej wzruszam się.. tak mi pomogli. Tym razem oni mi. Te małe łobuzy o wielkich sercach.
Jaime pisze w odpowiedzi na mój drugi list, że skoro ja mimo trudności i niepowodzeń wytrwam i on też tak zrobi, zostaje w Casa w Limie. Mam nadzieje, że oboje wytrwamy. Módlcie się i Wy, tam na drugim końcu świata..
piątek, 12 listopada 2010
Piura, 12-11-2011
Jej to juz trzecie spotkanie w tym roku, dziś. Kochani wolonariusze MWDB, jestem z Wami całym swoim sercem, w modlitwie. Szczególnie z tymi, którzy w następnym roku wyjadą na Misje, odwagi!!! Bóg obdarzy Was obficie. Gdy wyjeżdżałam z Limy, Jaime, chłopak z Casa de Acogida powiedział:
"Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało" ( Łk 10, 2)
i to sa słowa do mnie, do Was..
Piura, 12-11-2011
Poznaję Piura...
Dziś jest zebranie z rodzicami, pierwsze w tym roku. Któregoś dnia ksiądz Piotr zapowiedział nam, że planuje takie zorganizować i liczy na naszą pomoc. I tak, w niedzielę ogłosił na Mszy, piątek godzina 4. Byłyśmy zaskoczone conajmniej tak jak niektórzy rodzice, dzieci jak dzieci nie specjalnie słuchały :P będące pod koniec Mszy myślami juz na boiskach. Termin bliski, czasu mało. I tak we wtorek ksiądz Piotr wręczył nam liste 600 dzieci, które pojawiły się przez ten rok w oratorium z prośbą rozdania po ich domach zaproszeń na zebranie. Przecież to jest nierealne. Jesteśmy dwie, ja i Magda, totalnie nie znamy okolicy- przynajmniej ja. Dlaczego nie rozdać tylko ponad setce dzieci, które rzeczywiście są obecnie w naszym oratorium. Jak mówi Magda z ironią: Pan karze sługa musi :P Tak, praca z księdzem Piotrem jest ciekawym doświadczeniem. Szczególnie, że w ostatnim tygodniu wymieniałysmy i stemplowałyśmy karnety około dwusteki dzieci. A do tego ogarnięcie naszego oratorium, naszych animatorów, problemów i osiągnięć naszych dzieci. Pracuje sie dużo, będzie jeszcze więcej gdy przyjdą wakacje. Ale satysfakacja jest, z każdej malutkiej poprawy, a zmienia się, zmienia.. na lepsze J
I jak to wszystko wyszło. Księdza intuicja nie zawiodła. Odwiedziłyśmy w ciągu dwóch dni połowę domów. Mi przypadła jedna ulica- Nueva Esperanza. Jak dla mnie stanowi ona połowę naszych slamsów. Sektor 1,2,3..10, manzana A, B, C. Prawdziwy labirynt dla mieszkanców, nie mówiąc już o zielonym wolontariuszu. Ale do czego ja zmierzam. Najważniejsze. Wyszłyśmy do ludzi, przekroczyłyśmy mury naszej zamkniętej Bosconi, byłyśmy w domach naszych dzieci. Każde z nich jest tak cenne, i te które chodza i te które przestały. Teraz już slamsy to nie są slamsy, szare ulice, te same domy, brud... To było moje pierwsze wrażenie z autokaru niespełna dwa miesiące temu. Bardzo przygnębiajęce i przytłaczające.
Teraz każda część Nueva Esperanza ma już swój charakter. Dotarłyśmy do miejsc gdzie są i drzewa, boiska... do miejsc, gdzie sa góry piasku... do miejsc, gdzie tarzają się setki śmieci, gdzie już rzadko kto dociera...
Drugiego dnia miałam swojego przewodnika Alexa. Jest jednym z dwóch chłopców z Colegio, których wyłapał Padre. Pracują teraz w Oratorium. Niektórym się to nie podoba, gdyż chłopaki mają zaledwie 16 lat i są niedojrzali, nieodpowiedzialni. Dla mnie maja jednak coś w sobie, ten ogromny potencjał młodego człowieka. Tylko ktoś ich musi poprowadzić. I tak wczoraj właśnie Alex zakoczyl mnie. Choć w wolniejszym tempie jednak odnalazł on dom każdego dziecka. A przecież właśnie każde z nich jest cenne. Pytał się aż do skutku. Stanął na wysokości zadania. Ta jego duma gdy skończylismy J nie wiem kto się bardziej cieszył, czy on czy ja.
Drugiego dnia miałam swojego przewodnika Alexa. Jest jednym z dwóch chłopców z Colegio, których wyłapał Padre. Pracują teraz w Oratorium. Niektórym się to nie podoba, gdyż chłopaki mają zaledwie 16 lat i są niedojrzali, nieodpowiedzialni. Dla mnie maja jednak coś w sobie, ten ogromny potencjał młodego człowieka. Tylko ktoś ich musi poprowadzić. I tak wczoraj właśnie Alex zakoczyl mnie. Choć w wolniejszym tempie jednak odnalazł on dom każdego dziecka. A przecież właśnie każde z nich jest cenne. Pytał się aż do skutku. Stanął na wysokości zadania. Ta jego duma gdy skończylismy J nie wiem kto się bardziej cieszył, czy on czy ja.
Podczas tych dwóch dni byłam w domu dzieci, które z dumą przedstawiały mnie swoim rodzicom... inne zaciekawione i onieśmielone... inne, które wcale nie planowaly przekazać rodzicom informacji o zebraniu.. inne, które widziałam pierwszy raz w życiu.. inne, których rodzice mimo próśb dziecka, nie chcą więcej posyłać do Bosconii.. inne, które w przeciwieństwie do rodziców, wcale nie ucieszyly się na widok ponownego zaproszenia do nauki.
Czy coś zmieni nasza wizyta, nie wiem. Ale to jest XXI wiek. To Kościół wychodzi do ludzi, nie ludzie do Kościoła. I ja myślę, że właśnie takich prostych kilka słów, że czekamy na nich w Bosconii, ta chwila uwagi poświęcona każdemu z osobna to jest właśnie ewangelizacja ludzi biednych, ludzi w ogóle. Bo ja, Magda szłyśmy tam nie z obowiazku, my tam szłyśmy bo to były nasze dzieci.
I rzekł do nich: „idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!” (Mk 16,15)
czwartek, 11 listopada 2010
czwartek, 4 listopada 2010
Lima 4-11-2010
Powrot. Juz prawie dwa miesiace odkad jestem w Peru. Wracam do Limy, by odebrac wize. Tylko dwa dni, a tak dla mnie cenne. Teraz juz z wieksza odwaga, pewniejsza siebie. Na dworcu czeka na mnie Mirek. Dobrze gdy sie wie, ze ktos na ciebie czeka. Do domu zagladam tylko na chwile. Dalej ide zalatwiac papiery. Zajmuje mi to kolo dwoch godzin. Mirek mowi, ze mam szczescie. Mu to zajelo tydzien. W ten sposob juz sama wracam do domu, rozpakowuje sie, biore prysznic po calej nocy w podrozy i tak ide niewyspana na obiad. Ale sie ciesze.. spotykam na dole czekajacych chlopakow. Ich zaskoczenie, pytania do kiedy jestem.. Tak, tylko dwa dni. Pytania dlaczego, dlaczego nie dluzej..I tak razem idziemy na posilek. Jezu, jak mi tego brakowalo.. W Piura posilki w zamknietej wspolnocie, gdzie jest tyle napiec miedzy ludzmi i posilek dluzy sie czesto niemilosiernie a tu ten jedyny czas gdzie jestesmy wszyscy razem, czas na rozmowe i ten skromny posilek a dla mnie tak pyszny. Tak jedzenie to cos wiecej niz czyste produkty, to czas gdy we wspolnocie jemy wczesniej poblogoslawiony posilek.
Po modlitwie Mirek prosi bym powiedziala kilka slow. Wstaje troche zawstydzona. Coz, mowie, ze tak sie ciesze, ze ich widze, ze bede tu dwa dni i mam nadzieje, ze przyniosa mi szczescie. I ze mowie teraz lepiej po hiszpansku-tu aplauz. Oni potrafia klaskac za trzystu :) potem siadam do posilku i rzeczywiscie opowiadam duzo ,jak mi jest w Piura, co ja tam robie, jakie mam kochame dzieci. Chlopcy dostaja tez ode mnie prezent, branzoletki z muliny. Kazdy jedna. Kilka dni wczesniej kupione na bazarze z Edsonem. Wytargowane i wyczekane, kazda jeden sol. Podobaja sie :) :) :) jej tak dobrze ich widziec usmiechnietych, naprawde..
Po obiedzie wola mnie Padre Ricardo. Jest chory i potrzebuje, bym go zbadala. Jej, ale mamy przy tym smiechu. Sprawdza sie moje wczesniejsze doswiadczenie, ze misjonarze to najbardziej niezdyscyplinowani pacjenci :P
Ide spac. Zmeczenie podroza i nieprzespane noce daja sie we znaki. Budze sie kolo 6. Wolontariuszka Elwira i Señora Ana zabieraja mnie na zakupy. Jedziemy kupic kuchnie. Jeden z chlopakow, Luis jest naszym kierowca. Pierwszy raz od dwoch miesiecy jest w centrum handlowym, wokol same markowe ciuchy, perfumy.. jej nie chce tu byc. Jak malo mnie obchodza teraz te rzeczy. Po okolo godzinie decydujemy sie na zakup. Ja bym to zrobila w ciagu 10 minut. Przeciez mam tak malo czasu tu w Limie, a mial byc dla chlopcow. Omija mnie wlasnie Msza, na ktorej tak chcialam byc. Trudno, zycie. Wracamy. Tu Mirek z bratem Robertem pytaja czy nie pojade z nimi do Oratorium. Godze sie. Warto zobaczyc, jak dziala to w Limie. Na miejscu, malo dzieci, a wlasciwie mlodziezy. Ponoc weekendami przychodzi wiecej. Ale samo oratorium warte zobaczenia, nowe budynki, boiska, ciekawe sale warszatowe i piekna kaplica z oltarzem wyrzezbionym w drewnie. Naszym kierowca jest ten sam chlopak, co poprzednio. Rozmawiam z nim chwile. I warto bylo. Niedawno Padre Pedro byl w Limie na spotkaniu dyrektorow i odwiedzil chlopakow. Luis potwierdza, to co slyszalam wczesniej. Mowi, ze Padre to jest jego ojciec. Dobrze to uslyszec bezposrednio od jednego z nich. Piekne slowa i mowia wszystko o Padre Pedro. Przeciez on wlasnie dla takich jak ten chlopak zyje.
Wracamy, jej juz tak pozno. Ale mamy duzo smiechu po drodze. To dzieki Mirkowi i jego zdolnosciom samochodowym a raczej ich brakiem :) Cale szczescie spotykam kilku chlopakow tego wieczoru, w tym Jaime, Emersonsa, Brandona. W kocu moge porozmawiac z nimi, kazdym z osobna. Ja tez przeciez jestem tu dla nich. Wiza przy okazji :P
Po modlitwie Mirek prosi bym powiedziala kilka slow. Wstaje troche zawstydzona. Coz, mowie, ze tak sie ciesze, ze ich widze, ze bede tu dwa dni i mam nadzieje, ze przyniosa mi szczescie. I ze mowie teraz lepiej po hiszpansku-tu aplauz. Oni potrafia klaskac za trzystu :) potem siadam do posilku i rzeczywiscie opowiadam duzo ,jak mi jest w Piura, co ja tam robie, jakie mam kochame dzieci. Chlopcy dostaja tez ode mnie prezent, branzoletki z muliny. Kazdy jedna. Kilka dni wczesniej kupione na bazarze z Edsonem. Wytargowane i wyczekane, kazda jeden sol. Podobaja sie :) :) :) jej tak dobrze ich widziec usmiechnietych, naprawde..
Po obiedzie wola mnie Padre Ricardo. Jest chory i potrzebuje, bym go zbadala. Jej, ale mamy przy tym smiechu. Sprawdza sie moje wczesniejsze doswiadczenie, ze misjonarze to najbardziej niezdyscyplinowani pacjenci :P
Ide spac. Zmeczenie podroza i nieprzespane noce daja sie we znaki. Budze sie kolo 6. Wolontariuszka Elwira i Señora Ana zabieraja mnie na zakupy. Jedziemy kupic kuchnie. Jeden z chlopakow, Luis jest naszym kierowca. Pierwszy raz od dwoch miesiecy jest w centrum handlowym, wokol same markowe ciuchy, perfumy.. jej nie chce tu byc. Jak malo mnie obchodza teraz te rzeczy. Po okolo godzinie decydujemy sie na zakup. Ja bym to zrobila w ciagu 10 minut. Przeciez mam tak malo czasu tu w Limie, a mial byc dla chlopcow. Omija mnie wlasnie Msza, na ktorej tak chcialam byc. Trudno, zycie. Wracamy. Tu Mirek z bratem Robertem pytaja czy nie pojade z nimi do Oratorium. Godze sie. Warto zobaczyc, jak dziala to w Limie. Na miejscu, malo dzieci, a wlasciwie mlodziezy. Ponoc weekendami przychodzi wiecej. Ale samo oratorium warte zobaczenia, nowe budynki, boiska, ciekawe sale warszatowe i piekna kaplica z oltarzem wyrzezbionym w drewnie. Naszym kierowca jest ten sam chlopak, co poprzednio. Rozmawiam z nim chwile. I warto bylo. Niedawno Padre Pedro byl w Limie na spotkaniu dyrektorow i odwiedzil chlopakow. Luis potwierdza, to co slyszalam wczesniej. Mowi, ze Padre to jest jego ojciec. Dobrze to uslyszec bezposrednio od jednego z nich. Piekne slowa i mowia wszystko o Padre Pedro. Przeciez on wlasnie dla takich jak ten chlopak zyje.
Wracamy, jej juz tak pozno. Ale mamy duzo smiechu po drodze. To dzieki Mirkowi i jego zdolnosciom samochodowym a raczej ich brakiem :) Cale szczescie spotykam kilku chlopakow tego wieczoru, w tym Jaime, Emersonsa, Brandona. W kocu moge porozmawiac z nimi, kazdym z osobna. Ja tez przeciez jestem tu dla nich. Wiza przy okazji :P
Subskrybuj:
Posty (Atom)
